Archiwum | Wrzesień, 2010

Nauki z “drogi do miliona”

7 wrz

Nie jest przegranym ten, kto popełnia błędy. Przegrać można tylko, gdy porażek się nie zauważa, albo gdy nie wyciąga się z nich wniosków.

Przez te 365 dni przegrałem wiele razy. Dziś piszę po to, żebyście nie musieli powtarzać moich błędów. Zacznijmy od początku…

Początek

Lipiec 2009 był czasem, gdy szukałem dla siebie celu. Potrzebowałem zmiany, ruchu, czegoś na czym się skupię i co zmotywuje mnie do ostrego działania. Nagle przyszła mi do głowy prosta myśl – cel: milion w 12 miesięcy. Pomyślałem sobie “Świetnie! Dlaczego nie spróbować?”

Pierwszego września stworzyłem bloga, napisałem pierwszy wpis i wystartowałem.

Decyzję podjąłem bez większego zastanowienia, analizy i szczegółowego planu. Cieszyłem się. Byłem pełen energii, pasji, pewności  siebie i ostatecznego sukcesu. Wszystko wydawało się łatwe.

Miałem wiele pomysłów, wiele możliwości i dużo energii do wykorzystania. MLM, szkolenia, pisanie, “biznes” – coś musiało się udać. W wyobraźni liczyłem tylko pieniądze i ustalałem kolejne etapy.

Za każdym razem wyobrażenia i plany mijały się z rzeczywistością.

Działaj, działaj, działaj!

Rozpoczęcie “drogi do miliona” łączyło się też z dużą zmianą w moim życiu. Przeprowadzka 450 kilometrów od rodzinnego domu, całkowita zmiana otoczenia, samodzielność, nowi ludzie i nowe możliwości. To miał być nowy etap – moje nowe życie.

Postanowienie podstawowe było proste – mniej myślenia, a więcej działania. Zamiast ciągłego planowania na kartce, z długopisem w ręku skupienie na realizacji planów i wdrażaniu pomysłów w życie. Tak jak sobie postanowiłem, tak też działałem przez cały ten rok. Pomysłów i planów było wiele.

Zaczynając od biznesu, który chciałem mieć “od zawsze” (już w szkole podstawowej wiedziałem, że chcę być przedsiębiorcą). To naturalna dla mnie droga. Wiedziałem, że już teraz przyszedł odpowiedni czas na to, żeby zacząć działać i faktycznie postarać się mocniej o własny biznes.

Pomysł, szybka decyzja, opracowanie koncepcji, a wreszcie skompletowanie zespołu. Zaraz potem kontaktowanie się z inwestorami i funduszami seed/VC. Konkursy, spotkania i rozmowy. Wszystko to skutecznie mnie zajmowało, sprawiało też, że czułem się poważnie. Jakbym naprawdę był biznesmenem.

W czerwcu rozmawiałem z kolegą przez skype. Normalna rozmowa, luźna, a podczas niej pytanie o to, jak się mój biznes. Już od jakiegoś czasu nie lubiłem, gdy ludzie zadawali mi to pytanie, ale nie dało mi to do myślenia. Dopiero teraz do mnie dotarło. Działam dobre pół roku, a mimo to wciąż stoję w miejscu. Wciąż jesteśmy na etapie prototypu…

To było otrzeźwienie. Nie jestem żadnym biznesmenem. To co robię to tylko zabawa w biznes. Z takiej zabawy nigdy nie będzie poważnych pieniędzy. Jeśli naprawdę chcę być przedsiębiorcą potrzebuję doświadczenia, wiedzy, umiejętności. Słowem – potrzebuję kompetencji!

Oczywiste? Teraz tak, ale kiedy zaczynałem wszystko wydawało się łatwiejsze, prostsze…

Oprócz tego były też szkolenia. Mimo że miałem nimi zająć się mocniej, to przez cały ten czas nie traktowałem tego zajęcia poważnie. W efekcie przeprowadziłem tylko kilka darmowych warsztatów, w organizacji studenckiej.

Sama organizacja dała mi dużo więcej niż studiowanie – kontakty, doświadczenie, praktykę i poczucie, że robię coś ważnego. Na uczelni nie zagościłem zbyt długo. Już po trzech miesiącach, w grudniu, byłem prawie pewien że zrezygnuję. Nie odpowiadały mi te studia. Od zawsze chciałem nauczyć się biznesu, a widziałem że na uczelni pełnej teorii i pustego gadania nie będzie to łatwe.

Nie jestem przeciwny studiom. Po prostu wiem, że w moim przypadku się one nie sprawdzą. Papier mnie nie interesuje, a wiem doskonale, że na zdobycie wiedzy i umiejętności są inne, bardziej efektywne sposoby niż studiowanie.

Przez cały czas, również dziś, słyszę pytania o to, dlaczego zrezygnowałem ze studiów. Nie potrafię znaleźć jednej trafnej odpowiedzi. Zamiast tego sam wolę zapytać – a dlaczego w ogóle miałbym studiować? Dla wielu studia są oczywistością, ale nie dla mnie.

Jeszcze nie usłyszałem argumentu, który miałby mnie do studiów przekonać. A najciekawsze jest to, że przez cały ten czas nikt nie wspomniał o argumencie najważniejszym – że dzięki studiom zdobędę przydatną wiedzę, umiejętności i doświadczenie…

Innym tematem, którym chciałem się zająć była efektywność. Chciałem uczyć ludzi tego jak być efektywnym, jak działać szybko i dobrze, jak osiągać cele.

Możliwości było wiele – szkolenia, coaching, książka, narzędzia papierowe i elektroniczne, a nawet gra planszowa. Nad wszystkim tym spędziłem dużo czasu i doprowadziłem do całkiem zaawansowanego stanu.

Ostatecznie nic poważnego z tych działań nie wyszło. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, bo jedną rzecz zrozumiałem – nie mogę uczyć ludzi tego jak być efektywnym, dopóki sam nie będę miał efektów.

Drugi powód to GTD – Getting Things Done. Zanim wdrożyłem system Davida Allena, stworzyłem swój własny i według niego działałem. Byłem zadowolony, ale gdy tylko zacząłem używać GTD, “przesiadłem się” na niego całkowicie. To niesamowite, jak GTD zmieniło moje życie, odstresowało i pozwoliło zapanować nad wszystkimi moimi działaniami!

Przez ten czas zajmowałem się również pisaniem. Tu nastąpiła duża zmiana. Kiedy zaczynałem nie potrafiłem sprawnie złożyć czterech zdań. Teraz z łatwością piszę artykuły na cztery strony.

Książka “o życiu” – dość krótka, ale jest – opublikowana na blogu.

Książka “o sukcesie” (nie wymyśliłem jeszcze tytułu) – w połowie w formie obrazków/schematów – jest jako szkic, na dysku, czeka na odpowiedni moment. Czas kiedy osiągnę sukces, bo dopiero wtedy będzie ona miała sens…

Artykuł o “Nowym biznesie” – kiedy przesłałem go do redakcji, okazało się że jest niezły, ale za to ja nie mam doświadczenia, przedstawiam za dużo teorii, a zbyt mało przykładów.

Od samego początku postanowiłem, że na blogu nie chcę zarabiać. Łącznie stworzyłem 104 wpisy. Pisałem dość nieregularnie, często zbyt mało przykładając się do poszczególnych tekstów, ale skoro ktoś mnie czytał, to nie było tak źle.

Oprócz tego były też możliwości współpracy, z którymi przez cały czas wiązałem duże nadzieje.

Osoba zajmująca się doradztwem strategicznym, którą poznałem jeszcze w grudniu i przez cały czas byliśmy “w kontakcie”. Zawsze coś przeszkadzało, żeby poważniej porozmawiać o współpracy. Kiedy w końcu przyszedł odpowiedni czas, okazało się że nic z tego nie wyjdzie – bo człowiek ten woli pracować sam. Nie chciał, albo nie potrafił powiedzieć mi tego wprost. A ja wciąż byłem pewny, że uda nam się razem działać…

Inna współpraca, z firmą doradczą specjalizującą się w innowacjach jest “w toku”. Dopiero okaże się czy uda nam się współpracować, czy też nie mają na to chęci, ale boją się postawić sprawę jasno.

Kolejna współpraca dotyczyła promocji firmy zajmującej się dystrybucją kominków. Tutaj rozmowy były bardzo zaawansowane, spotkaliśmy się, mówiliśmy już nawet o konkretnym wynagrodzeniu. Po spotkaniu przesłałem umówione dokumenty. Dwa dni później zadzwoniłem. Usłyszałem że oddzwonią już kolejnego dnia. “Skontaktuję się ze wspólnikiem i damy znać”. Telefon milczy do dziś. Kabaret. Nie mam ochoty, żeby do nich wydzwaniać.

Jest też współpraca, która faktycznie ma miejsce. Zaczęło się od ogłoszenia na goldenline. Napisałem, że poszukuję mentora, osoby doświadczonej i wymagającej, która mnie poprowadzi. Udało się. Skontaktował się ze mną dokładnie taki człowiek, jakiego potrzebowałem – doświadczony, wymagający, fachowy.

Jestem sprzedawcą, marketerem, asystentem konsultanta – można nazywać mnie na różne sposoby. Ważne że działam, uczę się i rozwijam. Klientów jeszcze nie pozyskałem, ale uda się jeśli będę pracował. A będę, z całą pewnością. Stopniowo coraz bardziej zagłębiał będę się w tematykę doradztwa i szkoleń, jednocześnie ucząc się biznesu.

Było też kilka innych większych i mniejszych projektów i aktywności. Wszystko to razem skutecznie zajmowało mój czas. Byłem zajęty, zaangażowany, pracujący. Pozostało tylko jedno pytanie… gdzie są EFEKTY?

Każdego miesiąca było coraz gorzej. Zmniejszała się pewność siebie, wiara w sukces i swoje możliwości. Im więcej było rzeczy, których się chwytałem, tym była ona mniejsza.

Co jakiś czas, robiłem analizy, szukałem błędów, podejmowałem decyzje. Za każdym razem miało być lepiej. Było wciąż tak samo.

Aż wreszcie zadzwonił telefon. To było już w lipcu. Zaraz po tym jak zadzwoniłem do rodziców z wiadomością, że potrzebuję pieniędzy na czynsz…

Ten telefon był mocnym kopniakiem z zewnątrz. Potrzebowałem tego. To był już moment, w którym się zagubiłem. “Zastanów się poważnie!” – to mnie otrzeźwiło. I faktycznie wtedy się zastanowiłem. Zrobiłem głęboki rachunek sumienia. Tak głęboki jak nigdy wczesniej. Przeanalizowałem każde swoje działanie, każdą ważną decyzję.

Chciałem znaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: Dlaczego nie mam efektów?

W ten sposób ustaliłem dziesięć głównych przyczyn.

Zamiast skupiać się tylko na błędach, postanowiłem wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość. Dziesięć grzechów głównych przemianowałem na dziesięć głównych przykazań.

Dziesięć przykazań na to, jak być efektywnym

1. Zachowaj równowagę między myśleniem a działaniem (potencjałem a wykonaniem)

2. Wyciągaj i wdrażaj wnioski

3. Dąż do celów, żeby spełnić marzenie, a nie żeby zadowolić innych

4. Działaj zdecydowanie i wytrwale, jednocześnie słuchając innych

5. Podejmuj tylko te działania, które zbliżą Cię do celu

6. Bądź pokorny. Doceń potrzebny czas, pracę do wykonania i realne możliwości

7. Szukaj sposobów, zamiast szukać wymówek

8. Działaj razem z ludźmi. Zamiast robić wszystko sam – pytaj, słuchaj, współpracuj

9. Licz na siebie. Nie czekaj na innych, na cud albo na sprzyjające okoliczności

10. Zacznij od czegoś małego. Nie skupiaj się od razu na zbyt wielkich celach

Wszystkie te przykazania łamałem. Robiłem to na tyle często, żeby nie zasłużyć na tytułowy milion, ani nawet na małą jego część. Brak efektów skutecznie niszczył motywację.

Budowanie motywacji

Przez ten rok dokładnie sprawdziłem na sobie co motywuje, a co działa wręcz odwrotnie.

Duży, odległy cel zdecydowanie może działać motywująco. Trzeba wciąż o nim pamiętać, ale skupiać się przede wszystkim na bieżących działaniach. Cel ma wyznaczać kierunek i dawać sens codziennej pracy, ale sam w sobie nie powinien zajmować zbyt wiele czasu.

Warto być wytrwałym, działać zgodnie z ustalonym planem, ale nie można przesadzać. Ja przesadziłem. Za wszelką cenę chciałem zarobić na kilka ustalonych sposobów, innych nie biorąc pod uwagę. Nie chciałem iść do “normalnej” pracy nawet wtedy gdy cierpałem głód. Byłem uparty. Chciałem się w ten sposób zmotywować. Wiedziałem, że jeśli nie będę miał żadnych pieniędzy to po prostu będę MUSIAŁ coś zarobić. Poruszę niebo i ziemię, żeby tego dokonać.

Nie dokonałem. Z jednej strony byłem zbyt mało wytrwały, a z drugiej – chciałem osiągnąć zbyt wiele już na samym początku. Łamałem czwarte i dziesiąte przykazanie.

Nie miałem wyjścia i musiałem pieniądze pożyczyć. To też miało mnie zmotywować, zmusić do działania. Okazało się że jest inaczej i pożyczone pieniędze zamiast zmotywować dobiły mnie jeszcze bardziej. Kiedy pożyczałem pieniądze na chleb traciłem resztki wiary w siebie, szacunek do własnej osoby. Stopniowo czułem coraz większe zniesmaczenie, chwilami nawet obrzydzenie… uczyłem ludzi tego jak osiągać sukcesy, a sam musiałem pożyczać pieniądze na chleb…

Za wszelką cenę trzeba tego unikać. Robić cokolwiek, znaleźć jakąkolwiek pracę, byle tylko nie pożyczać, nie zniżać się, nie tracić wiary.

Innym odkryciem jest to, że gdy człowiek nie ma pieniędzy i nie jest pewny o swoją przyszłość, sukces wcale go nie motywuje. Dla mnie chwile kiedy osiągałem małe sukcesy i realizowałem cele – były jedynymi chwilami, gdy mogłem wreszcie odpocząć. Rozleniwiałem się. Przez cały czas czułem napięcie i bardzo potrzebne były mi te krótkie momenty wytchnienia.

Inaczej jest, gdy człowiek nie ma noża na gardle. Wtedy jest komfort, nie trzeba martwić się, jak przeżyć do pierwszego i można myśleć o działaniu. Wtedy sukcesy zamiast rozleniwiać motywują i napędzają jeszcze bardziej.

Ostatnia lekcja o motywacji dotyczy wyznaczania celu w postaci kwoty pieniędzy. Okazało się, że milion nie był najlepszym wyborem. Tego rodzaju cel polecam tylko wtedy, gdy wiąże się on z ustaloną metodą jego osiągnięcia. Gdy myśląc o danej kwocie widać dokładnie, jakie działanie jest do wykonania. Gdy metoda nie jest ustalona cel w postaci pieniędzy może tylko budzić frustrację.

Jeśli nie wiesz dokąd zmierzasz…

Milion złotych nie mówił nic o kierunku, w jakim zmierzam. Pieniądze nie są dla mnie celem samym w sobie. Wie o tym każdy, kto zna mnie bliżej.

Główna przyczyna mojej porażki (do czego doszedłem dopiero przed kilkoma dniami) zawiera się w motto, które jest z nami od samego początku blogu:

” Jeśli nie wiesz dokąd zmierzasz, zmierzasz donikąd”

Po roku miotania się wiem w końcu, dokąd zmierzam. I to jest mój największy sukces. Zrozumiałem co lubię robić, w czym jestem dobry, jakie są moje silne strony. To wielki plus. Oprócz niego są też inne sukcesy:

- ludzie, których poznałem i z którymi wierzę, że rozwiniemy ciekawy biznes

- organizacja studencka, gdzie poznałem ambitnych, młodych ludzi i nauczyłem się działać w grupie

- znajomość i współpraca, którą nawiązałem z osobą niezwykle doświadczoną, życzliwą a jednocześnie wymagającą. Jest to dla mnie jednocześnie mentor i partner.

- rozwinięte umiejętności miękkie – kreatywność, komunikacja, zarządzanie działaniami to główne z nich

- doświadczenie w pisaniu i prowadzeniu szkoleń

- samodzielność, pokora i wiele lekcji od życia

Jak wiele z tego co osiągnąłem (lub nie) wynika z założonego celu i “drogi do miliona” tego nigdy nie ustalę. Ale jedno wiem na pewno – było warto!

Mądrzejszy mądrością życiową, bardziej skupiony, z pokorą i bagażem doświadczeń ruszam w dalszą drogę.

Popełnię jeszcze niejeden błąd i przegram jeszcze nie raz, ale nie ma w tym nic złego ani nadzwyczajnego. A gdy nauczę się w pełni doceniać i doświadczać życia, będę o wiele bogatszy niż niejeden milioner.

Koniec drogi do miliona

1 wrz

Dokładnie rok temu, pierwszego września 2009, rozpoczęła się moja “droga do miliona”. Dzisiejszy dzień miał być dniem sukcesu. Życie potoczyło się inaczej i mam dla Was inne wiadomości.

Mówienie o zdobywaniu miliona powinno wywołać pusty śmiech biorąc pod uwagę moją dzisiejszą sytuację. Zamiast miliona złotych mam wiele niezrealizowanych celów, niespełnionych marzeń, niezakończonych projektów  i wiele nauczek. A oprócz tego kilka tysięcy – długów.  Twarde zderzenie z rzeczywistością.

W ciągu tych 365 dni zrobiłem duże koło, żeby powrócić dokładnie do tego samego miejsca, w którym zacząłem. Siedzę przed tym samym komputerem, stukając w klawiaturę, którą napisałem pierwszy raz o moim celu. Zastanawiam się, czy było warto? Czy jestem teraz lepszym człowiekiem…?

Dokładnie za tydzień opublikuję dłuższy tekst zawierający wszystko to, czego ważnego się nauczyłem. Nie chcę występować w roli nauczyciela – bo na to nie zasługuję – ale z całą pewnością wiem, czego NIE robić i czego się ustrzec. Właśnie ten wpis będzie ostatnim, który opublikuję na blogu.

Mimo to w dalszym ciągu będę dążył do osiągnięcia celów – chociaż bez tak wielkiego rozgłosu i z większą ilością pokory niż dotychczas. Dopiero gdy się uda powrócę, a blog znów ożyje. Wtedy pomogę takim samym jak ja – młodym i ambitnym, ale bez doświadczenia i kontaktu z rzeczywistością. To jednak melodia przyszłości – zbyt wcześnie żeby się nad tym zastanawiać.

Wciąż będę obecny w sieci. Być może już niedługo założę kolejnego bloga, o bardziej określonej tematyce.

Pozostaje mi tylko jedno:
Oficjalnie ogłaszam koniec “drogi do miliona”. Dziękuję.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.